[342] Królestwo mostu

[342] Królestwo mostu

20 lutego 2020 1 przez Aleksandra

Lara została wychowana i wyszkolona tak, by zostać królową obcego państwa, a zarazem szpiegiem dla własnego. Kiedy zostaje władczynią, poznaje świat inny, niż do tej pory jej przedstawiano – bardziej skomplikowany, o czarnych charakterach w innym miejscu niż przypuszczała.

Mam wrażenie, że powieść jest przedstawiana głównie jako romans, co może być strasznie mylące – trudno tu mówić o wątku miłosnym z prawdziwego zdarzenia. Niby jakieś uczucie między głównymi bohaterami się pojawia, niemniej jest ono tak nieistotne i marginalne, że w zasadzie niewiele można o nim powiedzieć. Na pewno nie jest wielkie, romantyczne, czy coś w tym stylu. Bardziej się czuje przyjaźń między Arenem i Larą niż miłość.

Poza tym Lara rzeczywiście zmienia w pewnym momencie swoje plany – już nie pragnie zemsty i zniszczenia Królestwa Mostu w imieniu swojego ludu – ale nie dzieje się to za sprawą miłości. Znacznie ważniejsze jest to, że dostrzega jak bardzo była okłamywana, jakie jest źródło problemów jej ludu i ludu jej męża. Próba sprowadzania tego do miłości zmieniającej nastawienie jest czymś strasznie denerwującym – Lara jako postać ma pewien potencjał stania się bohaterką silną, zaradną i może nawet dla niektórych inspirującą, co absolutnie nie ma prawa bytu, jeśli uznamy, że zmieniło ją uczucie.

Mówię o jako takim potencjale, bo jednak nie jest to bohaterka szczególnie dobrze czy nowatorsko wykreowana. W gruncie rzeczy jest dość schematyczna, często bezmyślna i irytująca, a jej obserwacje świadczą głównie o braku wyobraźni, czasem nawet głupocie innych bohaterów – dziewczyna naprawdę nie wpada na genialne pomysły, a to, co zauważa wynika głownie z bardzo lekkiego podejścia Arena do dziewczyny, którą podejrzewa o szpiegostwo.

Świat przedstawiony jest dziwny. Trudno mi sobie wyobrazić umiejscowienie wszystkich królestw, relacje i jakiekolwiek różnice między nimi. Często miałam wrażenie, że wszystko bardziej przypomina jakąś grę na boisku przed szkołą a nie skomplikowaną politykę. Do tego dochodzi jeszcze kwestia zwykłej geografii i dziwactwa, jakim jest most. Niby łączy dwa kontynenty, po środku jest sprawujące kontrolę Królestwo Mostu… które składa się z wysp i albo te wyspy ułożone są w grzecznym rządku, albo most biegnie dziwnymi zakosami, bo niemal z każdej wysp da się na niego wejść. Tajnym przejściem, na którego istnienie najwyraźniej nikt nigdy nie wpadł. Bo przecież to żadna wskazówka, że żeglować się po morzu nie da, a jakoś towary i ludzie na poszczególne wyspy dostawać się muszą…

Fabuła? Schematyczna, do bólu przewidywalna i niezaskakująca. Tu jednak przyznaję, że w zasadzie niczego innego się nie spodziewałam po przeczytaniu poprzedniej powieści Jensen i opisu z okładki. W zasadzie nawet chciałam czegoś takiego, bo zapowiadało naprawdę lekką powieść. Niestety samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

Nie spodziewałam się arcydzieła, przeciwnie, sądziłam, że będzie to dość przeciętna powieść. Niestety pojawia się w niej całkiem sporo problemów, które nie powinny mieć miejsca i sprawiają wrażenie, że albo książka nie została przemyślana, albo po prostu autorka nie potrafi pisać. Tak czy siak nie polecam, a gdy sama będę szukała czegoś na odmóżdżenie to już zdecydowanie spod innego pióra.

D.L. Jensen, Królestwo mostu, przekł. A. Studniarek, Kraków 2020.
CzytamPierwszy.pl